Cyfrowy wampiryzm.

Jestem uzależniony od internetu – przyznaję się bez bicia. Od momentu przebudzenia, do chwili, w której pojawia się na moim ekranie logo ‘Facebook’ nie mija więcej niż 5 minut. Z tą żądzą wygrywają tylko potrzeby fizjologiczne, choć chyba dostęp do sieci jest już jedną z nich. Wracam więc z łazienki, przez mniej więcej kwadrans wlepiam oczy w ekran i idę do kuchni. Do owsianki oglądam serial, przy kawie ponownie przeglądam tablice. Potem, dla równowagi, idę biegać, żeby nie czuć się jak totalny debil. Poza tym, pewnie resztę dnia, w dużej części, przeleżę w łóżku, z komputerem na brzuchu, więc muszę, choćby spróbować, zniwelować wyrzuty sumienia.

Z tego samego powodu czytam książki w łazience. Tu dwie strony, tam trzy, przez cały dzień się trochę uzbiera. Bardzo trudno mi się wkręcić w czytanie jak mam święty spokój i niewiele do roboty. Nie rozumiem dlaczego tak jest, ale najprzyjemniej jest mi pochłaniać literki w pociągach i na zatłoczonych dworcach (tęsknię za warszawskim metrem). Jeśli książka jest dobra, odpływam całkowicie. Niestety nie jeżdżę już zbyt często publicznymi środkami transportu, stąd ta łazienka.

W aucie słucham natomiast jazzu. Wspaniałego, fascynującego i kojącego jazzu, dzięki czemu nie drażnią mnie już tak bardzo chamy w beemkach i housewives w jak największych SUV-ach, które przecież muszą koniecznie rozmawiać przez telefon, wjeżdżając na ruchliwe skrzyżowanie albo rondo. Oczywiście słucham również innych płyt, głównie tych, na które nigdy nie miałem czasu, tudzież nastroju.

Wspominam o tym dlatego, że w domu rzadko mogę się skupić na muzyce. Usiąść i uczciwie jej posłuchać. Za dużo czynników mnie rozprasza ( z jednym oczywistym na czele). Szczególnie, że dla mnie, muzyka istnieje zdecydowanie dlatego, że powinno się jej właśnie słuchać, a nie akceptować jej obecność w tle, przy myciu okna czy podłogi. Wiem wiem, przesadzam, czasem muzyka powinna być właśnie tłem budującym nastrój czy cokolwiek, ale chodzi mi o to, że coraz rzadziej słucha się jej z odpowiednią uwagą. Dlatego próbuję z tym walczyć, niczym Don Kichot ze statystykami… tzn. wiatrakami. Gorąco do tego zachęcam, bo ilu spośród Was, tak z ręką na sercu, przesłuchało ostatnio jakąś płytę ‘od deski do deski’? No właśnie.
A w korkach czy w trasie można nadrobić naprawdę wszystkie zaległości.

No chyba, że lubicie słuchać muzyki z zamkniętymi oczami i przeżywać ją dogłębnie, to wtedy nie najlepszy pomysł.

Ktoś powie zapewne, że można też skupić się na słuchaniu podczas biegania, ale ja od bardzo dawna tego nie robię. Czemu? Bo raz na jakiś czas warto wsłuchać się w las. Albo w siebie. Polecam, ostatnio coraz rzadziej jest ku temu okazja.

Wracając do Facebook’a, pogodziłem się z tym, że go nie usunę. Nosiłem się z tym zamiarem wiele razy, zdarzyło się nawet, że śmiertelnie poważnie, ale niestety jest to najprostsze i najszybsze narzędzie do komunikacji w wielu sprawach. Poza tym, mimo wszystko, muszę prowadzić moje profile muzyczne, bo jak powszechnie wiadomo, jak cię nie ma w internecie, to nie istniejesz. Choć wciąż kusi mnie czasem, żeby ‘przestać istnieć’. W tym kontekście oczywiście. Detoks od cyfrowej rzeczywistości. Kto wie, może kiedyś, to musi być cudowne uczucie <wzdycha>.

Tak więc, pewnego dnia, pomyślałem sobie, że przeglądanie tablicy, nie musi być czynnością aż tak idiotyczną i próżną. Przecież nie muszę na niej oglądać tylko fotek cycków, mięśni, memów i jedzenia. Postanowiłem więc dodać do ‘zainteresowań’ profile kilku ciekawych portali i magazynów. Moi drodzy i to był strzał w dziesiątkę. Czuję się każdego dnia znacznie lepiej, gdy przeczytam chociaż jeden czy dwa wartościowe artykuły lub reportaże. Niby tak niewiele, a tak wiele i wciąż o wiele więcej niż statystyczny rodak. A przynajmniej tak sobie powtarzam.

Kolejna sprawa, że nie używam mojego smartfona do przeglądania internetu. No chyba, że jest jakaś kryzysowa sytuacja i muszę coś sprawdzić. Poza tym nigdy. Widok ludzi tępo gapiących się w świecącą szybkę w każdej sytuacji, w której nie są zmuszeni wykonywać jakiejś konkretnej czynności, przeraża mnie do szpiku kości. A jak ktoś sięga po niego w ciągu tych 3–4 minut, gdy stoi na czerwonym świetle, to przykro mi, ale oznacza to, że jego mózg z nim zerwał i nigdy nie wróci.

Tak wygląda moja partyzancka walka z samo-odmóżdżaniem, z cyfrowymi wampirami. Walka o skrawki mojego czasu, koncentracji i uwagi. Przyznaję, zdarza się, że przegrywam. Cóż, wszyscy mamy gorsze dni. Grunt to pamiętać jednak, że każdy z nich jest policzony. Mam nawet wrażenie, że te gorsze liczą się podwójnie. Dlatego też staram się, robić i działać, ile tylko mogę, a przynajmniej żyję w takim przekonaniu. Mimo to, wciąż tracę mnóstwo czasu, mnóstwo energii. Czasem robi mi się niedobrze, jak o tym pomyślę. Serio. Na szczęście zdarza się to rzadko, może nawet zbyt rzadko. Dlatego postanowiłem o tym napisać. Jak coś napiszę, to pamiętam na dłużej.

Dziesiątki, setki i tysiące ludzi, każdego dnia marnują dziesiątki, setki i tysiące sekund. A tyle można by zmienić, tyle osiągnąć.

Wszyscy mamy przecież tyle marzeń.

Mamy prawda?