Dlaczego NIKT w Ciebie nie wierzy.

Zaryzykuję stwierdzenie, że każdy z nas ma jakieś marzenie. Część z nas, poza nim, ma wytyczony, mniej lub bardziej, szalony cel lub cele, które chce osiągnąć. Garstka robi cokolwiek, żeby misja ta zakończyła się sukcesem. Większości szare dni uciekają przez palce. Galaktyka w rozsypce.

Teorii jak spełnić swoje marzenia, czy osiągnąć sukces w danej dziedzinie, są setki. Ciężka praca, konsekwencja, determinacja, wola walki etc. To te najbardziej banalne i wyświechtane. Są również te mniej typowe, które mówią, że musisz mieć szczęście, kontakty, pieniądze lub wszystko na raz. A przepraszam, jeszcze zapomniałem o jednym z najważniejszych i najczęściej powielanych czynników składowych sukcesu – o wierze w siebie.

Są tacy, którzy twierdzą, że wiara w siebie to połowa sukcesu. Inni nazywają to nastawieniem, ale czyż nastawienie to nie wiara w to, że nam się uda? No właśnie. Musisz uwierzyć, musisz sobie zwizualizować ten ulotny moment, w którym spełniasz swoje marzenie, realizujesz swój cel. O tych najbardziej szalonych mowa oczywiście. Bycie gwiazdą rocka, wycieczka autostopem do Japonii, budowa łódki, którą opłyniesz cały świat albo zarabianie na tym co kochasz (wink wink). To musi być taki cel serca, coś co czujesz, a nie rozumiesz, czy uważasz, że to słuszne. I musisz wierzyć w to każdą drobinką swojego organizmu, nawet, a w zasadzie szczególnie, jak cały wszechświat będzie chciał Ci udowodnić, że to był błąd. Musisz wierzyć przed snem, przy obiedzie i przed śniadaniem. Czemu? Bo nie zrobi tego nikt inny.

Nie uwierzą w Ciebie rodzice. Wcale nie dlatego, że uważają, że nie dasz rady. Po prostu będą chcieli uchronić Cię przed porażką czy rozczarowaniem (lub narzeczonym z Mongolii). Uśmiechną się poczciwie podczas prezentacji Twojego szalonego pomysłu, a potem zaparzą herbatę i w zamian zaproponują Ci “bezpieczną” alternatywę. Jakiś mniej szalony cel, albo wręcz zupełnie normalny. Wczasy w Kołobrzegu. Bo choćby nie wiem jak “wyluzowani” byli Ci Twoi rodzice, to instynkt zawsze zwycięży.
Mimo to będziesz z nimi rozmawiać. Przekonywać. Kłócić się. Walić ręką w stół, krzyczeć, płakać, twierdząc, że musisz TO zrobić, że to TWOJA droga. Ale na nich nie zrobi to wrażenia. Było wiele dróg, którymi nie poszli, choć były ich.

Nie uwierzy w Ciebie Twój partner czy partnerka. Bez względu na to jak bardzo się kochacie. Nie uwierzy w Ciebie z wielu powodów. Głównym może być obawa przed zmianami jakie może przynieść Twój sukces. Być może nie będziesz miał już tyle czasu dla niej/dla niego, dla dziecka. Być może rzadko będziesz w domu. Być może znajdziesz sobie inną/innego. Najlepiej, żebyś odniósł, tak pół, tego sukcesu. Tyle żebyś nie był zgorzkniałym dziadem/babą, ale też, żeby Ci nie przyszło do głowy zaczynać nowe życie, gdzieś indziej, z kimś innym. Przecież nikt nie uwierzy, że jak wreszcie zostaniesz tą gwiazdą rocka, to Ci nie odwali sodówka. Sam/sama w to nie wierzysz, przyznaj. Kto by chciał być gwiazdą rocka i być grzeczny?

Nie uwierzą w Ciebie przyjaciele. Bo zazdrość jest taka ludzka. Pierwotna, jak pożądanie. Ktoś ma więcej, Ty masz mniej, więc chcesz więcej. Poza tym czemu mieli by wierzyć w Ciebie, jeśli zazwyczaj ciężko im uwierzyć w siebie, nie mówiąc już o tym, że nie mają na to czasu? A Ty w nich wierzysz? Tak szczerze, sam przed sobą. Wiem, życzysz im dobrze, czasem nawet pomagasz, ale czy wizualizujesz sobie ich sukces? Ten jacht, bezkres oceanu, wolność, wiatr we włosach i ich spojrzenia zawieszone gdzieś na linii horyzontu? No właśnie.

Wiem, niektórzy z Was zaraz mi zarzucą, że niby po co mają sobie wyobrażać czyjś sukces. No ale moi drodzy, jak go sobie nie wyobrazicie, nie poświęcicie mu chwili, to co to za wiara? Puste słowa zaledwie.

Musisz sobie wyobrazić swojego najlepszego kumpla w tym wypasionym białym Porsche i uśmiechnąć się w myślach, że mu się udało, a potem, z tym samym uśmiechem, wsiąść do swojego starego Forda/Peugeota/Fiata czy Volkswagena.

Musisz sobie wyobrazić Twoją najlepszą przyjaciółkę z tym wspaniałym mężczyzną, który zabiera ją w podróż dookoła świata i uśmiechnąć się w myślach, że jest taka szczęśliwa. A potem musisz skończyć gotować obiad i z tym samym uśmiechem podać go swojemu mężczyźnie, który, tak nagle i tak dawno, stał się taki beznadziejny i nudny.

Jeśli to potrafisz, to tak, zgadzam się, wierzysz w ich sukces. Tylko czemu bierzesz kolejne opakowanie psychotropów?

Zazwyczaj więc, nie wierzysz w sukces innych, tylko tak mówisz, bo wypada.

Nie zrozum mnie źle. To, że nie wierzysz w swoich bliskich czy znajomych, nie oznacza, że jesteś złą osobą i że chcesz dla nich źle. Wystarczy, że będziesz się cieszyć z ich sukcesu (i że nie będziesz przeszkadzać w jego realizacji, to naprawdę tak wiele). Ja np. często cieszę się z sukcesów swoich bliskich, przyjaciół czy czasem nawet znajomych z fejsbuka. Ale w 99% przypadków oni sobie sami na te sukcesy pracują. Ja zostaję skonfrontowany z efektem i tyle. Mogę wtedy wyrazić swoją radość albo się wkurzyć, że oni, a nie ja. Zazwyczaj się cieszę.

Tak więc, podsumowując, przykro mi, ale nikt w Ciebie nie wierzy, i mało tego, nie uwierzy. Przykro mi oczywiście dlatego, że wydawało Ci się, że jest inaczej.

Być może nawet, czujesz się z tym niesprawiedliwie/smutno/do dupy? Jeśli tak, to bardzo dobrze. Pytanie tylko, co zamierzasz z tym zrobić. To jest ten moment. Czerwona pigułka.