Historia niebieskiego polaru.

Krótka historyjka. Polar, który mam na sobie na tym zdjęciu ma jakieś 7-8 lat. Dostałem go jako część uniformu w jednym z miejsc, w których pracowałem podczas moich pierwszych miesięcy w Anglii, gdzie spontanicznie wylądowałem w 2007 roku. Miesięcy pełnych trudnych poszukiwań należy dodać, jako że nie dość, że nie wiedziałem czego szukam, jakiej pracy, to na dodatek spektrum moich możliwości było tak wąskie, jak miejsce na nogi w samolotach tanich linii lotniczych.

Próbowałem więc swoich sił w supermarkecie, kinie, restauracji, aż w końcu nadarzyła się szansa, żeby sprawdzić się w zajęciu należącym do górnej półki prac dla cudzoziemców, dostępnej zaledwie dla wyjątkowo szczęśliwej grupki wybrańców. Było to stanowisko kierowcy wózka w wielkim magazynie porządnej firmy (szafki dla pracowników wyposażone były w czytniki linii papilarnych, więc wyobraźcie sobie co to było za wspaniałe miejsce!). Mało tego, nie był to byle wózek, a wspaniała maszyna z komputerem pokładowym, na którym pojawiały się destynacje moich krótkich podróży po ogromnym magazynie, wielkości całego budynku Ikea (w Jankach dajmy na to). Moja misja polegała na tym, że na starcie każdego dnia dostawałem listę zamówienia konkretnych produktów, po czym musiałem każdy z nich zlokalizować za pomocą komputera na odpowiedniej półce i przetransportować moim wózkiem do strefy pakowania. Nie był to wózek widłowy, żebyśmy mieli jasność. Niestety nie wiem jak nazywał się ten typ maszyny, ale podnosił się w całości na wysokość ok. 2 metrów, a z tyłu miał miejsce na paczki. Rozwijał też całkiem niezłą prędkość.

Anyway. Szkolenie trwało niespełna kilka dni. Pełnych mocnych wrażeń oczywiście i nie lada wyzwań jak parkowanie w wyznaczonym punkcie i przejazd przez wyznaczoną bramkę. Dla dwudziestoparoletniego mnie – nudy, nudy, nudy. Nie mogłem się więc doczekać aż wreszcie wyruszę, niczym samotny wędrowny kurier, w labirynt półek i korytarzy.

Gdy ten dzień wreszcie nastąpił, czułem się jakbym złapał Pana Boga za nogi. Praca mi się nie nudzi, nikt nie stoi mi nad głową cały dzień i do tego, mogę sobie pojeździć wózkiem. Dla dwudziestoparoletniego mnie na emigracji w Anglii – praca marzeń. Trzeciego dnia czułem się już tak pewnie, że w zakręty prawie wchodziłem bokiem (ach ta nasza fantazja ułańska), nie zważając nic a nic, na czyhające na mnie niebezpieczeństwa.

Dnia piątego, ku uciesze jednych i zazdrości innych (tych innych było zdecydowanie więcej niż tych jednych), byłem już niekwestionowanym królem dróg magazynowych. Kuba, młody chłopak z tej odległej krainy wielkich mrozów i niedźwiedzi polarnych wychodzących na ulice w biały dzień, zwanej Polską. Tej samej położonej gdzieś pomiędzy Kanadą a Rosją.

Byłem gwiazdą rocka wśród magazynierów.

Niestety, dnia szóstego jeden z największych regałów, mierzący kilkadziesiąt metrów (by zdjąć z jego szczytu paczkę, potrzebny był wielki wózek z kamerą na dźwigu), nie mogąc patrzeć jak wielką radość czerpię z jazdy, podstępnie wyszedł mi na drogę…

Regał stał tam prawie od zawsze, więc dyrekcja bez mrugnięcia okiem wzięła jego wersję wydarzeń za jedyną i słuszną – że to niby ja w niego wjechałem z niebezpieczną prędkością, popisując się przed innymi pracownikami. Mało tego, że on jeszcze bohatersko podtrzymywał ostatkami sił wielkie paczki, żeby nie spadły mi na głowę, kończąc nie tylko moją karierę magazynową, ale także mój żywot.

Osądzony i szybko skazany, dostałem zakaz zbliżania się do wózków. Od tej pory do moich obowiązków należało jedynie składanie ogromnych ilości kartonów i zgniatanie je w wielkiej prasownicy.

Wytrzymałem dwa dni. Trzeciego, bezceremonialnie, za to z wysoko podniesioną głową, w połowie zmiany opuściłem swoje stanowisko i magazyn raz na zawsze, z myślą, że jednak wypadałoby skończyć studia. Kilka dni później dostałem oficjalne pismo informujące mnie o zakończeniu mojego zatrudnienia (z angielskiego to się tak ładnie nazywa – „termination of employment”) oraz wezwanie mnie do zwrotu mojego uniformu lub, w razie niespełnienia tej prośby, odliczenia mi jego wartości od ostatniej wypłaty.

Jak już wiecie polar zatrzymałem, niczym skórzaną kurtką gwiazdy rocka, jako pamiątkę tamtych burzliwych dni. Ostatnio przejechałem w nim nawet Islandię dookoła.

Dziękuję za uwagę i do następnego razu. Miłego dnia!