Prawdziwy koszt.

Kilka dni temu obejrzałem film dokumentalny, o nazwie „The True Cost”, którego zawartość skłoniła mnie do wielu refleksji.

Temat nie był mi zupełnie obcy, ponieważ już od jakiegoś czasu, miałem świadomość tego jak wyglądają kulisy funkcjonowania wielkich sieci odzieżowych i nie tylko. Fabryki w Chinach czy Indiach, złe, często wręcz niebezpieczne warunki i bardzo niskie płace dla ich pracowników.

Mimo to, obrazy, ludzie i sytuacje, które pokazał mi „The True Cost”, zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Nie zdawałem sobie sprawy, jak daleko przekracza się granicę hmmm przyzwoitości (?), żeby stworzyć ubrania. Żeby stworzyć rzecz.

Pięć lat swojego życia spędziłem w Wielkiej Brytanii. Wyjechałem dla przygody, zostałem na studiach. Wspominam o tym dlatego, że poznałem wtedy smak prawdziwej samotności. Samotności, którą szybko zacząłem sobie rekompensować tym, czego w Polsce mi brakowało. Pieniędzmi.

Kupowałem, więc masę ubrań, na które wcześniej nie było mnie stać. Najwięcej w TKMaxx’sie, ale też na Ebay’u i w różnych innych sklepach czy sieciówkach. Często nie mogłem się powstrzymać. Te wszystkie promocje i przeceny. Buty Conversa za 15 funtów? W zasadzie nie były mi super potrzebne, bo miałem już kilka par, ale grzech nie kupić za taką cenę. Dwie koszulki za 10 funtów? Przecież dzisiaj dwa razy tyle dostałem z samych napiwków. Bluza, żeby pasowała mi do czapki? Jasne, 30 funtów to nie majątek.

Potem przyszedł czas na gadżety. Konsole do gier, projektor, Ipod z dotykowym ekranem, smartfon Armaniego, słuchawki Beats by Dre. Płyty, filmy, książki.

Skłamałbym gdybym napisał, że to nie pomagało. Po każdym zakupie czułem się świetnie. Szkoda, że tylko przez chwilę.
Na szczęście promocje nie kończą się nigdy. Każda pora roku ma swoją, podczas której można tanio kupić rzeczy na kolejny sezon. I nie ważne, że teraz są nam one niepotrzebne. Na pewno przydadzą nam się za jakiś czas, a lepiej zapłacić teraz, gdy są w atrakcyjnej cenie.

Wydaje mi się, że nigdy nie byłem płytką osobą. Rzeczy materialne niewiele dla mnie znaczyły, a marki i metki, nie robiły na mnie specjalnego wrażenia. Gdy byłem dzieciakiem czy nastolatkiem, pomimo tego, że nie pochodzę z bogatej rodziny, moja mama zawsze dawała mi kasę na kino, płytę, książkę czy wycieczkę. Na inwestycję w przeżycia, doświadczenia czy edukacje. Jasne, lubiłem dobrze wyglądać, ale babcia często kupowała mi tak unikatowe rzeczy w ‘ciuchexach’, że zazwyczaj prezentowały się one dużo lepiej, niż te ze sklepowych witryn. Mimo to i ja dałem się opętać.

Któregoś dnia, wróciłem po zajęciach do mojego mieszkania, pełnego tych wszystkich rzeczy i nagle dotarło do mnie, że gdzieś się w tym wszystkim zgubiłem. Część płyt czy filmów była wciąż w folii, większości ubrań nie założyłem na siebie nawet raz. Ba, lwia część mojego dobytku, była mi w zasadzie zupełnie niepotrzebna.

Wydało mi się to jeszcze smutniejsze, niż uczucie samotności i tęsknoty za bliskimi mi osobami. Nie myślałem wtedy nawet o ludziach, którzy w okropnych warunkach szyją te wszystkie ubrania. Po prostu zrobiło mi się głupio.

Fakt, to były bardzo specyficzne dla mnie okoliczności. W Polsce nigdy nie wpadłbym w taki wir konsumpcji, ale jest to dobry przykład na to, co się dzieję, gdy czasem przymykamy oczy.

Tego samego wieczoru 80% tych wszystkich pierdół wylądowała na Ebay’u. Za konsolę, gry i projektor, kupiłem sobie porządny komputer do tworzenia muzyki i montażu filmów. Dużego Ipoda z dotykowym ekranem i markowymi słuchawkami, zamieniłem na mały odtwarzacz i 10 razy tańsze słuchawki, które grały 10 razy lepiej. Było to dla mnie bardzo cenne doświadczenie.

Od tej pory, konsekwentnie z roku na rok, ograniczam posiadanie ‘dóbr’ materialnych. Jasne, czasami nawiedza mnie myśl, kupienia sobie czegoś nowego, ale od razu wtedy zadaję sobie pytanie czy naprawdę jest mi to potrzebne. W większości przypadków nie jest.

Nie zrozumcie mnie źle. Jeśli potrzebuję butów, to kupię takie, które mi się podobają i w których dobrze się czuję, choć kwota jaką na nie wydam, ma pewne limity. Nie zapłaciłbym już za nie 400 złoty. Wydaje mi się to idiotyczne. Czułbym wtedy, że daje się robić w konia.

Natomiast jestem w stanie zapłacić więcej, ale mając świadomość, że ubrania, które noszę są z dobrych, nie-toksycznych, materiałów i nie są szyte w uwłaczających ludziom warunkach. Mało tego, zamierzam przy każdej możliwej okazji, wspierać takie inicjatywy.

Polska ma bardzo trudną historię. Rozpady, wojny, komunizm, zakupy na kartki. Posiadanie rzeczy stało się dla nas synonimem sukcesu i statusu. Jest to w jakiś sposób naturalna kolej rzeczy. Pracujesz, zarabiasz, kupujesz.

Tylko nagle te wszystkie rzeczy, które budują nasz wizerunek i status, stały się w zasadzie bardzo tanie i łatwo dostępne. Mówię przede wszystkim o ubraniach, choć mam też na myśli drogie, luksusowe samochody, kupowane na kredyt, albo brane w leasing. Tak wiem, to się czasem opłaca. A przynajmniej tak powinniśmy myśleć.

Rzeczy, rzeczy, rzeczy. Wizerunek, styl, status. Zdrowie, świadomość i przyszłość naszej planety, mało kogo interesuje. Liczy się tu i teraz.

Bardzo łatwo zbudować wokół siebie fikcyjną aurę ‘posiadacza’, szkoda tylko, że im więcej mamy, tym większymi stajemy się niewolnikami. Niewolnikami rzeczy. Rzeczy, które na dodatek produkowane są kosztem ludzkiego zdrowia i życia. Albo niewolnikami banków i kredytów.

Wiem, ktoś zaraz powie, że każdy może wydawać swoje pieniądze na co tylko zechce. Oczywiście, jeśli torebka za 1000 złotych, sprawi, że poczujesz się dobrze, to nikt Ci tego nie może zabronić. Tylko czemu Twoje samopoczucie czy równowagę psychiczną ma poprawić spacer po galerii handlowej, pełnej ekskluzywnych butików, zakończony zdobyciem tak bardzo zwyczajnej rzeczy jaką jest torebka, bluzka albo para butów? Strasznie to głupie.

Wkurza mnie też popularność blogerek modowych, które moim zdaniem, w większości, są niczym więcej, niż przedłużeniem taśm produkcyjnych wielkich korporacji. To jest chyba największy ‘mind fuck’ naszych czasów. Outfit na imprezę, na piknik, na siłownię, na obiad. Najlepiej każdego dnia inny. Kupuj, kupuj i się nie martw, większość się szybko rozleci i kupisz nowe.

Ktoś powie ‘don’t hate the player, hate the game’, jest popyt — jest podaż.

Tylko kto stworzył ten popyt? Ludzie, dla których przebieranie się w najrozmaitsze ciuszki, jest podstawą funkcjonowania i jest im niezbędne do życia? Czy koncerny, które chcą im to wmówić, żeby na tym zarobić?

Łatwo przymknąć oczy.
W wywiadzie z producentką filmu, Livią Firth, pojawia się ciekawy cytat:

“If we can all commit to wearing something a minimum of 30 times, then we can buy it. This is a great simple tool and you would be surprised how many times we would reply — actually I wouldn’t wear it so many times — so why would you buy it in the first place?!”

Podejrzewam, że gdyby co dziesiąta osoba na tej planecie zaczęła sobie zadawać to pytanie przed każdym zakupem, świat byłby o wiele lepszym miejscem.

W „The True Cost”, pojawia się też wypowiedź, która bardzo mną wstrząsnęła. Pewna Pani, która jest szychą w jednej z największych sieciówek, mówi, parafrazując, że nie czuje się źle, że ludzie z biedniejszych krajów, pracujący w ich fabrykach, spędzają w nich całe życie. Że tak to wygląda.

W porządku, tak to wygląda, tylko czy powinniśmy się na to godzić? Czy zgadzamy się na taki stan rzeczy? Czy jest nam to obojętne?

Gorąco polecam obejrzeć ten dokument, bo stawia on wiele ciekawych pytań dotyczących przyszłości, nas i naszej planety. Wnioski każdy wyciągnie sam.

Podsumowując. Wszyscy lubimy dobrze wyglądać. W filmie, jedna z bohaterek nazywa ubrania, naszą ‘drugą skórą’. Zgadzam się.

Dlatego tym bardziej powinniśmy się interesować tym, w jaki sposób ona powstała. I jakim kosztem.