Strach przed lataniem.

Odbyłem w życiu wiele lotów. Nie jestem w stanie doliczyć się konkretnej liczby, ale lada lot, będzie już stówka. Mam na myśli te samolotem, tamtych było o wiele więcej. Po cichu liczę, że wszystkie linie lotnicze mają między sobą porozumienie i gdy następnym razem przekroczę bramkę lotniska, z sufitu spadną balony i zostanie mi wręczona lampka szampana, plus pączek i srebrna przypinka z numerkiem sto. (So not gonna happen).

Mimo to, im dłużej latam, tym gorzej się z tym czuje. W tzw. tanich liniach lotniczych mało kto się uśmiecha, rzadko kiedy obsługa jest pomocna czy wyrozumiała, a większość spraw załatwiana jest w pretensjonalnej lub protekcjonalnej atmosferze. Wybaczcie określenie, ale coraz częściej czuję się traktowany jak “bydło”. Czynnik “ludzki” zanika.

Najgorsze jest to, że w dużym stopniu wiem dlaczego. Wystarczy zaliczyć jeden lot na trasie Polska-Kraj do którego Polacy lecą pracować. Chamstwo, pijaństwo, krzyki, brak znajomości języków obcych, tanie prymitywne żarty, zaczepianie obsługi, fotki podczas lotu etc. Wstyd jak z Żyrardowa do Sydney..

Ostatnio dużo mówi się o tym, że my Polacy lubimy się dzielić, tzn. “oddzielać”. Nic nie pokazuje tego lepiej jak boarding na lotnisku (no może poza parawaningiem). Jak większość z Was pewnie wie, istnieje możliwość wykupienia tzw. priority boarding czyli pierwszeństwa wejścia na pokład samolotu, które przysługuje automatycznie osobom z małymi dziećmi, inwalidom, osobom starszym itd.

Polega to na tym, że do ostatniej bramki przed samolotem wzywane są najpierw te osoby z pierwszeństwem, a dopiero później wchodzi reszta pasażerów. Nigdy nie rozumiałem tego procederu, bo później i tak wszyscy stoją na schodach, w korytarzu, przed samolotem, a miejsca są przecież numerowane.

Mimo to ludzi wykupujących pierwszeństwo nie brakuje. Czemu? A no żeby nie stać z resztą “bydła”, z “polaczkami”. Zawsze z zaciekawieniem obserwuję ten moment, kiedy grupka “wybrańców” staje przy bramce z dumnie uniesioną głową. Niektórzy nie omieszkają się porządnie rozejrzeć, czy aby na pewno wszyscy zauważyli, że stoją w kolejce dla “lepszych”. Czasem wyciągną Iphone’a, czasem poprawią swoje “luksusowe” słuchawki. Trochę śmieszne, trochę smutne. A linie lotnicze trzepią kasę na sztucznych podziałach.

Inna kwestia, bardziej prywatna. Mam prawie 2 metry wzrostu, więc możecie sobie wyobrazić jak czuje się w samolotowym fotelu. Tak, wiem, mogę sobie dokupić miejsce z dodatkową przestrzenią na nogi, tylko czemu? Czemu mam płacić extra za to, że jestem wysoki? Szczególnie, że nigdzie nie widnieje informacja, że dany samolot jest przeznaczony tylko dla osób, dajmy na to, do metra osiemdziesiąt. Mimo to zazwyczaj daję radę. Szczególnie jak siedzę z brzegu i mam szansę się wyprostować pomiędzy przejazdami wózka z przekąskami albo perfumami.

Do tego, na szczęście, niektóre samoloty są trochę większe lub można w nich odchylić fotel. Niestety, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, podczas mojego ostatniego lotu trafiłem na stary samolot z bardzo małą ilością miejsca. Chwilę po starcie zapytałem stewardessy czy mogę się w takiej sytuacji przesiąść na jeden z wolnych foteli, tuż za mną (tych z dodatkowym miejscem na nogi). Tak, za 25 euro czy coś w ten deseń. Czyli kilkakrotnie więcej niż gdybym to zrobił wcześniej, na stronie. Czemu? bo teraz czuję ból, więc jestem teoretycznie gotowy/zmuszony zapłacić więcej. I nieważne, że miejsce jest puste. Płacisz albo cierpisz. Kolejny raz – “bydło”. Szczególnie, że, co by nie mówić, jestem stałym klientem. Tak, wiem, ktoś kto zapłacił extra mógłby się poczuć poszkodowany. I tak nakręca się spirala abstrakcji i zaniku takiej kurde zwykłej ludzkiej uprzejmości czy empatii.

I na koniec dwie rzeczy, których za Chiny nie potrafię zrozumieć. Pierwsza – dlaczego sekundę po tym jak samolot dotknie ziemi przy lądowaniu, przez kabinę przebiega ostentacyjny szelest odpinanych pasów? Jakby to miało COKOLWIEK przyspieszyć, albo wpłynąć nagle na nasz komfort siedzenia. Ja wiem, że te pasy są w zasadzie tylko po to, żeby można było zidentyfikować zwłoki po katastrofie, ale tak czy inaczej, przecież można wytrzymać jeszcze 5 minut i nie robić “wiochy”. Już nie mówiąc o tym, że takie są zasady bezpieczeństwa.

Druga sprawa – kilkakrotnie przy okazji rozmów o lataniu, ktoś pyta – “polaczki” klaskały? I tak się zastanawiam skąd to się wzięło. Dlaczego klaskanie dla pilota po udanym lądowaniu jest jakimś ultra obciachem? Bo co, bo to jego praca i obowiązek, więc nie należy mu się nic extra? Gdybym ja był pilotem i ktoś by mi zaklaskał po lądowaniu było by mi zwyczajnie miło, nic więcej. Także jeśli ktoś z Was potrafi mi wytłumaczyć czemu klaskanie to obciach proszę o komentarz albo wiadomość, serio, po prostu chcę wiedzieć.

Swoją drogą, klaskanie to obciach, a odpinanie pasów przed pozwoleniem od załogi, już nie. Dziwna sprawa.

Ah i jeszcze ostatnia sytuacja. Zaliczyliśmy już boarding, lot, lądowanie, więc czas na odbiór bagażu. Na pierwszej linii – jurni polscy mężczyźni. Kwiat krajowej młodzieży. Wszyscy stoją naprężeni, w pełnej gotowości, by widowiskowo, jedną ręką, ściągnąć z taśmy swoją wielką walizkę. Nie było by nic złego z tym obrazkiem, gdyby nie starsze panie, zdecydowanie mniej efektownie, siłujące się ze swoim bagażem. I siłą jadącej taśmy. I siłą przyciągania.

Mayday rodacy, spadamy.