Wstyd!

Mówi się często, że jedną z naszych głównych cech narodowych jest narzekactwo. Ciężko się z tą opinią nie zgodzić. Narzekamy wszędzie i na wszystko. Wystarczy zaliczyć jedną wycieczkę do miejsca, w którym musimy choć na chwilę stanąć w kolejce lub poczekać na obsługę. I wcale nie mam tutaj na myśli banalnego stereotypu, że to tylko starsi ludzie narzekają – bo komuna się skończyła czy, że ich strzyka w stawie. Młodzi werbalizują swoje niezadowolenie równie często. Mało tego zdarza się, że z zupełnie nietypowych powodów. Bo o ile jesteśmy w stanie zrozumieć taką starszą babkę, że narzeka na ból w kościach, tak niezadowolenie faktem, że podczas wakacji w tropikalnym kraju było zbyt duszno albo, że na plaży w Mielnie straszny tłok, przyswoić nam jest już trochę trudniej.

Jeśli te przykłady wydają się Wam zbyt proste czy wyświechtane, przypomnijcie sobie, o ile mieliście okazję doświadczyć tego cudownego momentu, stanie w kolejce do samolotu. Idę o zakład, że przynajmniej jedna osoba, choć zazwyczaj jest ich dużo więcej, nie omieszkała ponarzekać na długość lotu. Nawet jeśli z kontekstu jej innych wypowiedzi wynika, że leci gdzieś na wakacje — słyszymy — „przerąbane, 3 godziny w samolocie, masakra jakaś”. No ale na szczęście przez te 3 godziny istnej gehenny, będzie można poklikać na swoim smartfonie lub tablecie. Dla bardziej wymagających istnieje nawet możliwość zamówienia przekąski na ciepło lub zimnego piwa. A wszystko to w klimatyzowanym cudzie technologii, który pokonuje setki kilometrów na godzinę. Dramat.

Takich przykładów mógłbym przytoczyć dziesiątki, o ile nie setki. Sami na pewno spotkaliście się nieraz z różnymi sytuacjami tego typu. Także mało tego, że ciągle jesteśmy niezadowoleni i narzekamy, że czegoś nam brakuje, to jeszcze nie potrafimy docenić tego co mamy.

Do czego zmierzam. Otóż moi drodzy, naprawdę nie trzeba być geniuszem, żeby po chwili głębszego zastanowienia, dojść do wniosku, że żyjemy w bardzo uprzywilejowanych warunkach. W zasadzie możemy robić na co tylko mamy ochotę. O ile oczywiście nie łamiemy prawa i podstawowych zasad życia w społeczeństwie. Oto krótka lista, którą sporządziłem na szybko:

Możemy poruszać się gdzie chcemy i kiedy chcemy, bez ograniczeń.
Możemy chodzić ubrani jak chcemy. To samo się tyczy zresztą innych części wyglądu.
Możemy jeść i pić to co chcemy, w zależności od naszego aktualnego kaprysu.
Możemy wyrażać swoje poglądy na wiele możliwych sposobów.
Możemy wierzyć w to co chcemy.
Możemy podróżować do najdalszych zakątków świata. W poszukiwaniu przygód, pracy czy nawet miłości.
Mamy możliwość korzystania z internetu oraz sieci komórkowej, dzięki czemu posiadamy praktycznie nieograniczony dostęp do informacji i komunikacji.
Większość z nas posiada telefon komórkowy, smartfon, tablet lub komputer personalny. A zdarza się, że każde z wymienionych urządzeń.
Większość z nas posiada samochód.
Większość z nas przez całe swoje dotychczasowe życie posiada dach nad głową.
Większość z nas przez całe swoje dotychczasowe życie nie czuła prawdziwego głodu lub pragnienia.

Można by wymieniać jeszcze długo. Niestety, większość z nas traktuje te przywileje bez należytej wdzięczności, biorąc je za pewnik, podczas gdy w wielu krajach na tej planecie, ludzie marzą chociażby o realizacji kilku punktów z tej krótkiej listy. Marzą, bo spełnienie tych potrzeb, które my zaspokajamy bez mrugnięcia okiem, jest dla nich często nieosiągalne. I wcale nie mam tu na myśli najbiedniejszych krajów Afryki. Pomijając tematy polityczne, nam, Polakom, żyje się na co dzień całkiem przyjemnie, bezpiecznie i komfortowo. Mimo to wciąż narzekamy, wciąż jest nam mało.

Rozpędzona machina konsumpcjonizmu doprowadza nas często na skraj depresji. Czujemy się gorsi i sfrustrowani, bo wydaje nam się, że nie stać nas na realizację naszych potrzeb – złe słowo – zachcianek. Potrzeby to pożywienie, dach nad głową, lekarstwa, ciepłe ubranie na zimę etc. Nowe ubranie, gadżet czy samochód to już zachcianki, które sprawią nam chwilową przyjemność, ale nie są nam niezbędne. A już na pewno nie powinny mieć destrukcyjnego wpływu na naszą samoocenę.

Ten temat jest bardzo rozległy i można by się nad nim rozwodzić w nieskończoność, dlatego przejdę do powodu, dla którego postanowiłem go poruszyć.

Kilka miesięcy temu wymyśliłem sobie, że jesienią bieżącego roku chciałbym polecieć do San Francisco. Niestety, z różnych powodów, głównie finansowych, nie uda mi się zrealizować tego przedsięwzięcia w tym terminie. Druga sprawa to mój samochód. Mam stary, a chciałbym nowszy.

Jakiś czas temu, pomimo tego, że staram się żyć bardzo świadomie, przyłapałem się na tym, że te dwa powody dostarczają mi sporej dawki niezadowolenia, a co za tym idzie frustracji. I wiecie co? Po chwili głębszej refleksji, zrobiło mi się strasznie wstyd.

Zacznę od auta. Sportowa Honda CRX Del Sol. Dwuosobowa ze zdejmowanym dachem, dla wielu kultowy model. Wyprodukowana w 1993 roku, więc ma już swoje lata świetności za sobą, choć wciąż jeździ wspaniale. Tyle, że już nie wygląda zbyt dobrze. Lakier w wielu miejscach jest mocno sfatygowany, zaliczyłem tez kilka obtarć i małą stłuczkę.

I dlatego chciałbym nowy — Wstyd.

Wstyd, bo czuję się źle z tego powodu, że nie mogę go mieć. Teraz. Od razu. Szybko.

Natomiast co do San Francisco. Biedaczek ze mnie, bo nie mogę polecieć wtedy kiedy to sobie wymyśliłem, choć tak bardzo chciałem. Smutna historia. Tylko, że tutaj dodać należy, że w przeciągu ostatnich 12 miesięcy byłem dwa razy na Islandii, w Nowym Jorku, w Norwegii, w Holandii, w Tatrach i nad Bałtykiem.

I jest mi źle, bo jeszcze na koniec roku chciałbym do San Francisco, ale nie mogę, więc czuję się przybity — Wstyd, wstyd, wstyd.

Opowiadałem też ostatnio mojej babci, że jest taka aplikacja z mapą świata, na której można zaznaczyć kraje, które udało nam się odwiedzić. Policzyłem, że byłem w 19 z 250. Wydawało mi się, że tyle już widziałem, a to nawet nie 10%. Kiepski wynik. Chcę więcej.

I wtedy moja babcia spogląda zamyślona przed siebie i mówi — „A moja mama przez całe swoje życie nie widziała polskiego morza…”.

Nie powiedziała tego w taki sposób, żeby mi dokopać, bardziej chodziło jej o to jak zmienił się świat i nasze możliwości.

Co nie zmienia oczywiście faktu, że zrobiło mi się strasznie wstyd — jak stąd do San Francisco.