Z pamiętnika niewolnika czyli lepszy start w gorsze życie.

Dużo ostatnio rozmawiam ze znajomymi o stabilizacji w życiu, czym jest i jak ją osiągnąć, a w zasadzie czy w ogóle istnieje i jest potrzebna. O lepszym i gorszym starcie w dorosłość, wpływie rodziców na dokonywanie ważnych wyborów itp.

Start determinuje bardzo dużo. Choć nie wszystko.

Jak byłem młodszy, często myślałem, że wielu moich rówieśników ma lepiej, łatwiej. Nie, żebym się zadręczał tą myślą, ale jednak czasem zastanawiałem się jakby to było, gdyby mój ojciec był szefem porządnej firmy, interesował się moją edukacją i rozwojem, by kiedyś przekazać swoje imperium w moje ręce. Ile by mi to ułatwiło. Nie musiałbym kombinować, poszukiwać, zastanawiać się czego chcę od życia. Jaki wybrać zawód, czy wcześniej jakie studia, kierunek. Ci z nas, którzy przez to przeszli, wiedzą, że ten etap naszej egzystencji, może być bardzo frustrujący.

Nie mówiąc już o „szarej codzienności”, bo jednak prawdopodobieństwo wylądowania na ulicy (lub z powrotem w rodzinnym domu), gdy Twoim rodzicom dobrze się powodzi, jest raczej znikome. Tyle nerwów mniej, tyle stresu.

Na przestrzeni lat, szczególnie w okresie życia przypadającym na studia, byłem czasem świadkiem różnych, często niezrozumiałych dla mnie wtedy, sytuacji. Ktoś znajomy opowiadał, że odwiedzili go rodzice, że przywieźli mu masę jedzenia, jakieś nowe ciuchy i jeszcze zostawili kasę. I strasznie był przez to w***wiony. Jedzenia za dużo i zaraz mu się zepsuje, bo już nie ma miejsca w zamrażalce. Ciuchy w ogóle nie takie jak lubi i nie będzie się w nie ubierać. A kasa? Przecież tyle razy powiedział, że nie potrzebuje, a oni i tak mu ją wcisnęli. Najgorsi rodzice roku. Wcisnęli mu kasę. Dramat.

Zdarzało się, że komuś kupili pierwszy samochód. To dopiero było tragedia. Bo nie taki kolor, bo nie sportowy, bo nie jeep, bo nie ta marka, bo jasna tapicerka, bo bo bo. Nie kończąca się litania „bo”.

Następnie przychodził kolejny ważny etap, czyli przenoszenie się ze studenckich mieszkań, do swoich własnych. Większość z nas wyjeżdżała studiować do innych miast, w których zazwyczaj decydowała się zostać. Jedni zamieniali swojego, wiecznie skacowanego współlokatora, na dziewczynę czy narzeczoną, i wspólnie wynajmowali inne mieszkanie. Drudzy dostawali porządną pracę, dzięki której mogli znaleźć coś sami i zacząć odkładać na kredyt. Byli też tacy, którym cztery ściany fundowała spółka rodzicielska.

Ponownie, dużo mniej stresu, zachodu, szukania, spraw papierkowych. Rodzice przecież chcą dla nas zawsze jak najlepiej.

No ale potem znowu zaczynało się narzekanie, że kiepskie miejsce, bo daleko od centrum i trzeba bulić na taksówki z klubu, że trochę nie takie rozłożenie jakby chcieli, bo po co im ten mały pokoik, do którego prawie nic nie wchodzi. Meble w kuchni też by woleli inne. I czemu prysznic, a nie wanna, lub na odwrót. No ale będą w nim mieszkać, jak już muszą.

Było to dla mnie totalnie niezrozumiałe. Czemu rodzice wybierają ich mieszkania. Czemu oni zachowują się jakby nie mieli nic do powiedzenia. Przecież jesteśmy dorośli i to oni będą mieszkać w tym miejscu, najpewniej przez dłuższy czas. Być może nawet do końca. Przecież można chyba normalnie porozmawiać?

Potem wszyscy stawialiśmy pierwsze kroki na naszych ścieżkach zawodowych. Jedni z nas przekopywali się przez setki, ba! tysiące, ogłoszeń o pracę, dniami i nocami, wysyłając w świat swoje CV opatrzone zdjęciem i listem motywacyjnym, wpatrując się w hipnotyzujący wygaszacz ekranu na naszym telefonie, wpadając następnie w kolejne stadia depresji. Bo nikt nie dzwoni, nikt nie zaprasza. Rozterki i analizy — Co robię nie tak?

Niektórym poszło lepiej, bo od jakiegoś czasu, zamiast strzelać na ślepo, albo próbować wszystkiego co choć trochę ich pociąga, konsekwentnie szli swoją wyznaczoną drogą. Szukali więc zatrudnienia w wyznaczonym przez siebie zawodzie, powiązanym z ich wykształceniem i zazwyczaj zainteresowaniami. Byli też Ci, których rodzice prowadzili firmy albo mieli znajomości, umożliwiające im, już na starcie, zabezpieczenie tej sfery życia dla swojego syna lub córki. W wielu miejscach pracują dzieci dyrektorów i kierowników. Być może nawet nie byłoby w tym nic złego, bo jak świat długi i szeroki, wszyscy dbamy przede wszystkim o swoje plemię, gdyby nie to, że Ci synowie i córki, są zazwyczaj bardzo nieszczęśliwi z takiego stanu rzeczy. Tak delikatnie mówiąc, bo mniej delikatnie, to najczęściej „grzeją stołki”, nie robiąc nic więcej, poza hodowlą frustracji, w biurze z ładnym widokiem na nic szczególnego.

A przecież woleli by rzucić wszystko i lecieć do Afryki budować studnie. Tak przynajmniej mówią. Albo chociaż pracować w skrajnie innej branży. Albo uczyć jogi, a nie być radcą prawnym. Czy zamiast zarządzać firmą, której produkt, w ogóle ich nie interesuje, prowadzić swoją małą knajpkę z latynoską muzyką na żywo.

Słyszałem trochę takich wyznań, marzeń, wizji. Brzmiało to wszystko prawie jak „Z pamiętnika niewolnika”.

Był czas, że maksymalnie mnie to irytowało, jak można tyle dostać, a mimo to narzekać. Czasem zwyczajnie im zazdrościłem. Aż, któregoś dnia, obudziłem się z myślą, że to smutne i w zasadzie trochę straszne. Mieć już na starcie zaplanowaną przyszłość. I to przez kogoś innego, kierującego się swoimi unikalnymi doświadczeniami, priorytetami i poglądami. Nawet jeśli tym kimś są nasi rodzice.

Moja mama, która wychowywała mnie i moją siostrę samotnie, pomimo tego, że bywało jej ciężko, dawała nam z siebie co tylko mogła. Nie mogę narzekać, że miałem źle, bo nigdy nie chodziłem głodny czy źle ubrany. Zazwyczaj dostałem na bilet do kina, książkę czy płytę. Zawsze miałem ubrania, w których czułem się dobrze, nawet jeśli nie były super markowe. Dzieciństwo wspominam fantastycznie. Okres dorastania, pomimo wielu zawirowań, również. Natomiast najważniejsze jest to, że moja mama zawsze wspierała mnie w moich pasjach i zainteresowaniach. Bez względu na to czy było to modelarstwo, koszykówka, gry RPG, jeżdżenie na rolkach, czy później muzyka, filmowanie i podróże. Nie zawsze pochwalała moje wybory, czy styl życia, ale akceptowała moją indywidualność.

Nie da się uczyć na cudzych błędach.

Dlatego uważam, że każdy z nas powinien mieć wybór. Czy chce być dyrektorem wielkiej firmy, trenerem sztuk walki czy opływać świat w pontonie. Czy chce mieszkać w starej kamienicy, domku na prerii, penthousie, wielkiej willi, czy przyczepie kempingowej. Czy chce wierzyć w Boga czy w słońce. Każdy z nas powinien mieć szansę, dowiedzieć się czego chce. Bo każdy wybór może być dobry, ale nie dla każdego.

Dziś cieszę się, że nie miałem w perspektywie swojego wejścia w dorosłość, mieszkania kupionego przez rodziców. Możecie mówić co chcecie, że przecież mógłbym je sprzedać i żyć jak chcę, ale ja wiem, jak bardzo ciężko jest zrezygnować z komfortu, ze spokoju, ze stabilizacji. Więc gdybym wiedział, że mam taką opcję, bardzo dużo by mnie ominęło. Nie mieszkałbym w tylu miejscach czy nawet miastach. Nie poznałbym wielu ciekawych ludzi. Nie spróbowałbym tylu rzeczy, nie doświadczył tylu trudnych sytuacji, kryzysów. Jasne, przeżyłbym inne, ale czy pozwoliłyby mi one, poznać się równie dobrze?

Mówi się, że najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie. Siebie również.

***

Pamiętam jak kupiłem swój pierwszy samochód (za swoją kasę oczywiście). Piętnastoletniego Golfa trójkę. Ależ byłem z siebie dumny. Choć, gdy zaraz po moim pierwszym tankowaniu na stacji benzynowej, wsiadłem ponownie za kierownicę, która ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, nie chciała nawet drgnąć, spanikowany od razu zadzwoniłem do ojca, co robić, bo jest już za mną cała kolejka, a on spokojnie zapytał mnie — „ A przekręciłeś kluczyk? Bo to pewnie blokada kierownicy. Następnym razem trzeba trochę ruszyć głową synek”.