Życie z defektem.

Ah tyle się ostatnio działo, że nie bardzo miałem czas coś nowego napisać. Jedno jest pewne — żyję na planecie, której mieszkańców nie rozumiem i jakby tego było mało, to jeszcze w kraju niebywałych abstrakcji i atrakcji, gdzie zdarzyć się może w zasadzie wszystko. Tu gdzie nie widać już granic między artystą, a politykiem czy artystą i baranem. Wymieniać mógłbym bez końca, wszystko się już tak pomieszało, że nie wiadomo kto jest kim. Ja też już nie wiem.

W związku z powyższym, stworzyłem nową definicję ‘artysty’. Otóż moi drodzy, artysta to ktoś kto poświęca całą lub większą część swojej marnej egzystencji na robienie mało opłacalnych rzeczy, które w zasadzie nie są nikomu niepotrzebne. Zapomniałem dodać – w bólu.

Jest to również bardzo dziwna droga, bo zupełnie nie wiadomo dokąd prowadzi. Ciężko też określić, który artysta jest dobry, a co za tym idzie czy powinien odnieść sukces i jeśli tak, to co nim jest. Jaka jest definicja sukcesu dla artysty. Pieniądze? Mało trafne, bo przecież można być artystą wybitnym i nie dorobić się bogactw, historia zna takie przypadki. Dla odmiany, często artyści mocno przeciętni, sprzedają się doskonale. Sława? Na nią, wbrew pozorom, najczęściej i najbardziej mają chrapkę Ci, którzy z ‘tworzeniem’ nie mają zbyt wiele do czynienia.

Jest jeszcze ‘satysfakcja’, choć nie ma ona nic wspólnego z odbiorem zewnętrznym naszego dzieła czy jego sukcesem, bo czym się różni satysfakcja z nagrania płyty od satysfakcji ze zjedzenia pysznej pizzy przy dobrym filmie? Nie chodzi mi tutaj o korzyści płynące dalej z tego tytułu, ale o dokładnie ten moment — skończyłem nagrywać album = zjadłem najlepszą pizzę w tym roku. Może coś jest ze mną nie tak, ale nigdy nie poczułem większej różnicy. A płyt nagrałem w życiu sporo, część można nawet znaleźć w Empikach i innych sklepach muzycznych. Było miło, na drugi dzień poziom satysfakcji był już raczej znikomy. Ba, dobry sex dawał mi jej zawsze dużo więcej, niż napisanie jakiejkolwiek piosenki.

Nie zrozumcie mnie źle, nagrać płytę, zakończyć pewien etap, to super uczucie. Skończyć pisanie książki jest pewnie jeszcze bardziej extra. Co nie zmienia faktu, że satysfakcja nigdy nie trwa długo. Chwilę później, ten dziwny głód tworzenia pcha Cię z powrotem w otchłań.

I tu dochodzimy do kolejnej kwestii, czyli podziału na artystów spełnionych i niespełnionych. I czy w takim razie artysta spełniony to przypadkiem nie artysta skończony? Czy można być artystą spełnionym i czuć chęć spełniania się dalej? A może spełnienie to ten ostatni krok, niebieska pigułka, powrót do złudzenia równowagi?

Jedno jest pewne, na próżno w tym zjawisku szukać logiki czy klucza.

Poza tym artyści tworzą sztukę. Co jest sztuką, a co nie jest, też ciężko określić. Mało tego sztuki nie trzeba rozumieć, trzeba ją czuć. Nie mniej jednak załóżmy, że mamy artystę, którego sztuka nam się podoba. I tutaj pojawia się pytanie, czy podoba nam się na tyle, że pomyślimy, że to jest dobre i ewentualnie wrzucimy link na swój facebook czy jesteśmy gotowi zapłacić za obcowanie z tą sztuką? A może sztuka nie powinna nic kosztować? Bo przecież w większości przypadków nie da się jej zjeść, wypić, ubrać, nie mówiąc już o tym, że ciężko nawet powiedzieć, żeby sztuka była jakoś szczególnie pożyteczna. Można ewentualnie wyrwać dziewczynę na sztukę, ale w tych czasach to też sztuka.

Kierując się prostym i konkretnym rozumowaniem, wniosek nasuwa się następujący – jeśli, dajmy na to, inżynier jest dobry, to postawi piękny dom, który się nie zawali. Jeśli ktoś jest dobrym rolnikiem, to wyhoduje ładne i smaczne pomidory. Jeśli ktoś jest dobrym sportowcem, to osiąga lepsze wyniki od innych. Więc jak ocenić czy ktoś jest dobrym artystą? Czy powie nam to ilość ludzi, którzy chcą obcować z jego sztuką? Czy tylko tych, którzy są gotowi za nią zapłacić? Czy może frekwencja w mainstreamowych mediach? Czy może ilość pozytywnych recenzji w mediach niszowych? Czy reklamy w telewizji?

Zastanawiam się też czasem czy jeśli ktoś uważa się za artystę, to nie oznacza, że ma jakieś poważne zaburzenia psychiczne. Bo jak inaczej nazwać chęć poświęcenia swojego życia na robienie jakiś szalonych, mało użytecznych rzeczy, do tego z niezachwianą wiarą i przeświadczeniem, że będziesz w stanie, w bliżej nieokreślonej przyszłości, z nich żyć, założyć rodzinę, spłodzić potomków i zapewnić im byt. Przecież inni, żeby osiągnąć te cele, muszą rano wstać do pracy, stukać cały dzień w klawiaturę, garbiąc się przy biurku. Często przy tym tolerując fochy ćwierć-inteligentnego przełożonego, który po prostu lepiej potrafi w życiu posługiwać się ‘łokciem’. Albo zasuwać na budowie, w upale, przy akompaniamencie najgorszych stacji radiowych świata. Albo przez pół nocy pokazywać cycki do kamerki. Wszyscy muszą ciężko pracować, więc dlaczego akurat artyści mieliby mieć taryfę ulgową?

Miałem kiedyś dziewczynę, mało tego, nawet mieszkaliśmy razem i pamiętam taką oto sytuację. Ona wraca z pracy po ośmiu godzinach, zaczynamy rozmowę jak nam minął dzień, ona mówi, że jest zmęczona, odpowiadam, że ja też. Czym ja mogę być zmęczony, przecież cały dzień siedziałem w domu? Pisałem piosenkę, potem ją nagrywałem i miksowałem. Siedziałem nad nią cały dzień i szczerze, po wszystkim, czułem się jakbym przerzucił kilka taczek cementu (Wiem co to znaczy, przeżyłem ‘przygodę’ na budowie). W tym momencie na jej twarzy pojawia się piękny kolaż emocji przechodzących od rozbawienia, przez zwątpienie, do czystej złości i zażenowania. Usłyszałem wtedy, że jest ze mną coś poważnie nie tak i że jeśli się nie zmienię to zginę marnie.

Kiedy myślę o tym dzisiaj, może po prostu wszyscy artyści są obłąkani albo mają w mózgu jakiś defekt, który odpowiada za korelację z rzeczywistością, z tą tylko różnicą, że niewielkiej garstce z nich udaje się odnieść sukces i żyć ze swojej sztuki (koniec końców wszystko sprowadza się do mamony), dzięki czemu przestają być w oczach społeczeństwa leserami, leniami czy wiecznymi dziećmi bujającymi w obłokach. Może jest to dziełem przypadku, może było już dziesięciu albo dwudziestu innych Picassów, Kubricków, Hitchcocków, Lennonów, Salvadorów Dali, Mozartów czy Jacksonów, tylko nie udało im się znaleźć w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu.

Albo postanowili być normalni.